Everywoman

Jedną z moich ulubionych powieści jest Pani Dalloway Virginii Woolf. Ta powieść, jak i cała twórczość żyjącej sto lat temu Angielki zachwyca czytelników z wielu powodów. Mamy do dyspozycji tysiące opracowań na ten temat, napisanych przez ludzi, którzy znają się na literaturze dużo lepiej ode mnie. Nie będę więc pisać o nowatorskiej konstrukcji powieści, o wyrafinowanym języku, metaforach, strumieniu świadomości i innych cechach twórczości Woolf. Oczywiście to wszystko świadczy o wielkim kunszcie pisarskim autorki, ale mnie szczególnie urzekła jedna bohaterka Pani Dalloway. Nie jest nią Klarysa Dalloway ani Lukrecja Warren Smith. Najciekawsza postać w powieści to literacki everyman, a raczej należy powiedzieć: everywoman – niepozorna nauczycielka panna Kilman.

Tak, panna Kilman stała na podeście schodów ubrana w płaszcz od deszczu; ale miała ku temu swoje powody. Po pierwsze, takie płaszcze są tanie; po drugie, panna Kilman skończyła czterdzieści lat i nie zależy jej na tym, żeby się komuś podobać. Co więcej, jest biedna, upokarzająco biedna. […] Życie ją oszukało. Tak, to wcale nie jest przesada, bo ostatecznie każda kobieta ma chyba prawo do szczęścia. A ona nigdy nie była szczęśliwa, i w dodatku jeszcze ta figura, ta jej beznadziejna bieda. (s. 145-146)

Nie wiem, czy stwierdzenie, że panna Kilman kogoś „urzekła” jest adekwatne. W tej postaci nie ma bowiem nic olśniewającego. Jej powierzchowność jest zupełnie nieciekawa. Jest otyła, biedna, nieatrakcyjna, praca nie przynosi jej żadnej satysfakcji, nic nie przynosi jej satysfakcji. Na czym ma polegać uniwersalność tej postaci? Czy osoba ładna i zadbana (celowo piszę „osoba” – grubaska Kilman to też każdy mężczyzna) może się z nią utożsamić? Przyczyna złego samopoczucia bohaterki nie leży w materii, lecz w duszy.

[…] przyszedł do niej Pan (w tym miejscu panna Kilman pochylała zawsze głowę). Ujrzała światło dwa lata temu. Teraz nie zazdrościła już takim kobietom jak Klarysa Dalloway; teraz współczuła im tylko. Współczuła i gardziła nimi z całego serca. […] Czy na świecie może się poprawić, skoro ludzie pławią się w takim zbytku? Zamiast leżeć na kanapie („Moja matka odpoczywa”, powiedziała Elżbieta), pani Dalloway powinna pracować w fabryce, powinna stać za ladą! Pani Dalloway i wszystkie inne wytworne damy! (s. 146-147)

Panna Kilman nie zazdrości innym kobietom urody. Wie, że nie w tym rzecz, że to nie wygląd jest przyczyną jej nieszczęścia. Wmawia sobie, że jej niechęć wzbudza próżność klasy wyższej, ich bogactwo, brak poważnych problemów. Nie wydaje się jednak, żeby była to nienawiść klasowa. Panna Kilman nie cierpi ludzi, którzy są… spokojni. Odpoczynek bowiem jest tu symbolem pokoju wewnętrznego, pokoju, który człowiek ma z samym sobą i z otoczeniem. Ktoś, kto jest niezadowolony i niezaspokojony nie może sobie pozwolić na odpoczynek. Niezaspokojenie naszej bohaterki jest bezustanne i beznadziejne. Nie dąży ona do spełnienia swoich marzeń, dlatego że nie ma pojęcia, jakie te marzenia są. Zamiast zmierzać przed siebie, kręci się w spirali samopotępienia i niespełnienia. Cierpienie uznała za nieodłączną część życia, wchłonęła je w siebie i poczęła pielęgnować, stale podsycając złymi emocjami. Św. Augustyn stwierdził: „niespokojne jest serce nasze, póki w Tobie nie spocznie”. Ale panna Kilman nie odnalazła pokoju w wierze. Nawrócenie religijne paradoksalnie przysporzyło jej cierpienia. Zaczęła pogardzać „wytwornymi damami”, ale w głębi duszy chciałaby być taka jak one – spokojna. 

[…] panna Kilman wcale nie czuła do pani Dalloway nienawiści. Zwróciła na Klarysę swoje duże agrestowe oczy i przyglądając się jej różowej twarzyczce, jej delikatnej postaci, otaczającej ją atmoseferze elegancji i świeżości, myślała: idiotko! prostaczko! Ty, która nie wiesz, co to prawdziwy ból i prawdziwa radość, któraś zmarnowała życie na głupstwach! I poczuła przemożne pragnienie opanowania tej kobiety, zdarcie z niej maski. Byłoby lżej, gdyby ją mogła zwalić na ziemię! Ale nie pragnęła przecież zwycięstwa nad ciałem; pragnęła zwycięstwa nad duchem […] Gdyby tylko mogła zmusić ją do płaczu, gdyby mogła ją złamać, upokorzyć, gdyby mogła mieć ją u swych stóp szlochającą: tak, tak, masz słuszność! Ale to musiałoby się stać z woli Boga, nie z woli panny Kilman. Musiałoby to być zwycięstwo religii. (s. 147-148)

Panna Kilman szukała pocieszenia w Bogu i w religii, ale go nie znalazła. Może dlatego, że znalazła religię, nie Boga. Może usłyszała płomienne kazanie pastora o miłości Bożej i śpiew kościelnego chóru, ale doświadczyła tej miłości. To przesłanie było tylko obietnicą bez pokrycia. Miło słuchać o niewysłowionej miłości, radości i niezwruszonym pokoju, ale ile z tego można dostrzec we własnym życiu? Panna Kilman przez całe życie gromadziła w sobie ból, upokorzenia, wstyd i zranienia emocjonalne związane z brakiem miłości. Będąc w Kościele opanowała pewną liczbę chrześcijańskich zasad, ale zatraciła to, co w chrześcijaństwie najważniejsze, po co chyba w ogóle zostaliśmy stworzeni – miłość wyrażaną w czynach, w codzienności. Zamiast tego zaczęła dzielić ludzi na religijnie „oświeconych” i „nienawróconych”. To nic, że „oświecenie” nie przyniosło jej ukojenia albo przyniosło je tylko na chwilę. Panna Kilman przyznała sobie prawo do tego, żeby segregować ludzi nie tylko według ich wyglądu i zamożności, ale także ocenia ich kondycję duchową. Czyni to dlatego, że sama podobnie ocenia siebie – wszystko w niej jest złe, nie takie jak być powinno. „To ma być wzór chrześcijanki – ta kobieta! Ta kobieta obcuje z niewidzialnymi mocami! Gruba, brzydka, pospolita, ani odrobiny w niej dobroci czy łagodności – i ona miałaby znać ostateczny sens istnienia?” – to opinia Klarysy Dalloway, ale panna Kilman mogłaby się pod nią podpisać obiema rękami. Religijni ślepcy prowadzący ślepych i zranieni ludzie raniący wszystkich wokół. To nie jest świat wykreowany przez pisarkę. To nasza rzeczywistość. 

Elżbieta zastanawiała się, czy może panna Kilman naprawdę jest głodna. Sposób, w jaki jadła… jadła z przejęciem […] Radość jedzenia była jedyną prawdziwą radością, jaka jej jeszcze została, ale nawet tu spotykają ją klęski! Ludzie szczęśliwi mają zapasy szczęścia, powiedziała Elżbiecie, z których mogą czerpać, natomiast ona jest jak koło bez opony (lubiła takie metafory) kaleczące się o każdy kamień […] Czuła, że jeszcze chwila, a rozpadnie się, pęknie. Tak przeraźliwie cierpiała. Chwycić ją, objąć, uczynić swoją własnością, na zawsze – a potem umrzeć; niczego więcej nie pragnęła. Ale siedzieć przy tym stoliku, z pustką w głowie, i patrzeć, jak Elżbieta odwraca się od niej, jak nawet w niej budzi się obrzydzenie – nie, tego było już za wiele! Nie zniesie dłużej tej męki. Grube palce zacisnęły się. (154-156)

Elżbieta nie brzydziła się panną Kilman, nie bała się jej. Widziała cierpienie swojej rozmówczyni, ale nie miała pojęcia, jak można jej pomóc. Czuła się niekomfortowo, bo panna Kilman rozsiewała wokół siebie złe emocje i niepokój. Elżbieta patrzyła osłupiała w czarną dziurę rozpaczy, która dosłownie chciała ją wessać i nigdy nie wypuścić. 

Nieszczęśliwa, nieładna, objadająca się stara panna, której nikt nie lubi – co to za everyman? Przecież kanony piękna i obyczaje się zmieniają. Uroda jest ulotna i przemijająca – fizyczna atrakcyjność trwa tylko chwilę. Gospodarki i systemy polityczne upadają – ci, którzy dziś są bogaci, jutro mogą stać się tymi, którzy narzekają na biedę. Wszyscy ludzie niezależnie od epoki, w której żyją, zastanawiają się, czy czegoś im nie brakuje. I znowu nie chodzi o rzeczy materialne. Wszyscy mamy poczucie, że zostaliśmy okradzeni i oszukani, że życie nie wygląda tak, jak byśmy chcieli. Wszyscy w pewnym momencie życia zostaliśmy zranieni i okłamani na swój temat. Żeby to zrozumieć, wystarczy spojrzeć na małe dzieci – radosne, otwarte, beztroskie, niemające żadnych uprzedzeń. Ale potem dzieci tracą wiarę i ufność w swoją wartość, piękno i siłę. Jako dorośli boją się własnej słabości i rozpaczliwie szukają sposobów na wypełnienie duchowej pustki. My wszyscy jesteśmy tymi ludźmi. Ja jestem takim człowiekiem. Walka o uzdrowienie duszy jest możliwa dopiero wtedy, gdy sobie to uświadomimy. Gdy każdy z nas powie: panna Kilman to ja.

Autor: 
Maria Zaborowska
Dział: 

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.
18 + 2 =
Rozwiąż proszę powyższe zadanie matematyczne i wprowadź wynik.