Recenzja albumu „Folklore” Taylor Swift

Ten błyszczący album to wyśmienita poezja pisana do dźwięków fortepianu. To dość nietypowy krążek - przynajmniej jak na jedną z największych gwiazd muzyki pop. Poza tym, jest po prostu fenomenalny.

Do tej pory Taylor Swift publikując swoje kolejne albumy planowała ich promocje ze skrupulatnością wojskowego generała. Wskazówki zwykle zaczynały się pojawiać z miesięcznym wyprzedzeniem, pojawiały się easter eggi, zagadki obrazkowe i niezrozumiałe odniesienia w mediach społecznościowych. Jednak w przypadku jej ósmego albumu, ogłoszonego niecałe 24 godziny przed opublikowaniem, nic takiego nie miało miejsca.

Album Swift z 2019 roku zatytułowany „Lover” był swego rodzaju powrotem do jej energicznych romantycznych kompozycji sprzed lat. Tamte piosenki malowały wizję wiosny w pastelowym różu i fiolecie po zimowych burzach, które szalały na „Reputation”. Zaś „Folklore” to ból pod koniec upalnego lata, kiedy rozkwitają zauroczenia oraz nostalgia, a w powietrzu unosi się zapach palonego drewna i czerwonego wina. 

Album ten został napisany oraz nagrany podczas izolacji przy współpracy z „muzycznymi bohaterami” Taylor Swift - Aaronem Dessnerem z amerykańskiej grupy rockowej „The National”, Bonem Iverem i jej częstym partnerem w pisaniu piosenek - Jackiem Antonoffem. Nie ma tu popowych fajerwerków, tylko wyrafinowana poezja pisana do dźwięków fortepianu.

Pojawiają się postacie, których Swift nigdy wcześniej nam nie przedstawiała. Wydaje się, że jedne są fikcyjne, a inne inspirowane członkami jej rodziny; niektóre zaś to ludzie, których piosenkarka żałuje, że nie spotkała. Album nie skupia się dawaniu efektownej rozrywki, ale raczej na małych detalach.

„Mam jedno marzenie / Robisz to świetnie”,

śpiewa Swift w „the 1”.

„Bawisz się sam/ Poznałeś ją przez internet/ I wziąłeś do domu.”

Piosenka „Cardigan” podejmuje temat poruszony już w głównym utworze z albumu „Reputation” - „Call It What You Want”. Swift jest przerażona ostracyzmem ze strony publiki odnośnie jej prywatnego życia, ale też niezmiernie się cieszy, że wreszcie znalazła kogoś, kogo nie obchodzi jej przeszłość.

Surowe tony w żartobliwy sposób nawiązują do utworu „Light Years” zespołu „The National”, a tęskny charakter refrenu przypomina „Young and Beautiful” Lany Del Rey. W „exile” dojmujący niski głos Justina Vernona świetnie kontrastuje z nieziemskim, subtelnym zaśpiewem Taylor. Utwór „mad woman” ukazuje mściwy pazur Swift, jednak nie tylko dzięki debiutanckiemu użyciu wulgaryzmu. W przeciwieństwie do „Look What You Made Me Do” jej gniew nie ma już tak słabego wydźwięku - jest jak wiedźma z Makbeta, kierująca ludzkim losem, podczas gdy mężczyźni u władzy udowadniają, że są swoimi największymi wrogami.

„Mirrorball” napisana z Antonoffem jest jednym z najlepszych efektów ich współpracy. Jest bezpośrednia, ma charakter nieco oniryczny i delikatny. Partia instrumentalna przywodzi na myśl wzbierające morskie fale zanim uderzą o brzeg. Taylor Swift miała zawsze niezwykły talent do przedstawiania tajemniczych zachowań w wyrafinowanych detalach, ale w „Folklore” przeszła samą siebie. 

„Spójrz, jaką zrobiłeś ze mnie kretynkę”, rozpacza w utworze „illitic affairs”. „Nauczyłeś mnie tajnej mowy, którą nie mogę się porozumieć z nikim innym/ I bardzo dobrze o tym wiesz/ Dla ciebie upadłabym na dno.” Prawdopodobnie najbardziej poruszającą piosenką w albumie jest „seven” gdzie misterne dźwięki skrzypiec i gitary akustycznej oddają hołd dozgonnym przyjaźniom z dzieciństwa.

„Rok temu”, pisała Swift na Instagramie, „prawdopodobnie dłużej bym przemyślała to, kiedy opublikować album, by znaleźć ten ‚idealny moment’, ale czasy, w których obecnie żyjemy przypominają mi, że nie ma nic pewnego. Serce mi podpowiada, że jeśli robisz to, co kochasz, powinieneś po prostu puścić to w świat.” 

Możliwe, że nie było idealnego czasu na wypuszczenie „Folklore”. Ale jest to niemalże idealny album

Autor: 
Tłumaczenie: Izabela Siekańska

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.
16 + 1 =
Rozwiąż proszę powyższe zadanie matematyczne i wprowadź wynik.