„Never give up… – czy aby na pewno?”

Sukces - o tym się mówi

"Never give up on something that you can't go a day without thinking about". Znamienne słowa Churchilla. Wartkie. Krzepkie. Waleczne. Jako życiowa dewiza ludzi spełnionych na nie prostej drodze w boju o szczęście, zdaje się stanowić zasadny punkt wyjścia do refleksji nad wyborem, a poniekąd także losem Asystentki. Film w reżyserii Kitty Green zaprezentowano w Koninie (@Epicentrum kultury - Kino Kameralnie) podczas Jubileuszowego 10. Transatlantyk Festival 10. października bieżącego roku. Zaplanowany na godz. 19.30 seans, z racji wprowadzonych obostrzeń, uzupełniono kolejnym (godz. 21.15). 

Czy uniwersalność określonych reguł postępowania znanych jako niezbędne w procesie konsekwentnego, zaangażowanego zmagania o satysfakcjonujące życie prywatne i zawodowe, może okazać się zwodnicza? Aktualnie istnieje szereg wąskich specjalizacji, badających naturę sukcesu, klucz do samozadowolenia, skuteczne ścieżki samorealizacji. Mnożą się paraliterackie byty, płatne konferencje, internetowe kursy. Metody. Techniki. Tricki. Wyrastają z miękkich podłoży szkoleniowcy, trenerzy, coache. Pełni werwy, bardzo wysocy, poświadczający wyglądem zdrowie. Naiwna więc z mojej strony, lekkomyślna i prymitywna okazałaby się próba udzielenia kilkuzdaniowej odpowiedzi w tak doniosłej przecież dla świata kwestii. Nie wychodząc niczyim zasługom ni kompetencjom przed szereg, pozwolę sobie poddać w wątpliwość zaledwie własną nad życiem (względem filmu) refleksję.

"Pierwsza przychodzisz, ostatnia wychodzisz"  

Nie pamiętam podobnej historii. Zmyślona czy nie - przy stanie populacji wynoszącym na rok bieżący około 7,8 mld osób (benchmark.pl) - jałowa mogłaby okazać się próba zaprzeczenia istnieniu minimalnej szansy dopasowania prezentowanej fikcji do czyjejś prywatnej rzeczywistości. Rola sztuki polega na wzbudzaniu emocji, drażniącym łechtaniu najczulszych punktów stycznych rodzaju ludzkiego. Kino unaocznia życie. Odbija wiązki myśli. Niekiedy unifikuje kondycję bycia, innym razem destabilizuje już pogruchotany kościec. Kino nie zadaje pytań. Wymaga ich od widza. 

Młoda kobieta o rachitycznej osobowości opuściwszy rodzinne gniazdo, podejmuje pracę u potentata branży rozrywkowej, zdecydowana dołożyć wszelkich starań,
by rozwinąć karierę producenta filmowego. Czy historia Jane może zniesmaczyć wyznawców idei nieuniknionego na fundamencie starań i wiary wzrostu?

Daleka jestem zniesmaczeniu. Bliższe okazuje się być zdumienie. Lekki pourazowy szok. Wstrząs gruntu pod nogami. Choć obce mi pobożne trwanie w pstrokatej bańce infantylności. Życzeniowe przed oczami mroczki. To jednak zbiła mnie ta dziewczyna z tropu. Pozbawiona życia, by nie powiedzieć martwa. Tłumiona. Tłoczona. Upychana. W korporacyjny pakt z pozbawionym wstydu i pruderii diabłem. Pilna wobec troski o pozory. Sumienna. Wierna. Swej naiwności. 

Niewątpliwie pozostanie w pamięci. Być może tylko przez najbliższe nużące kilka godzin. Jeszcze chwilę potrwa. Jej dziwny dla mnie obraz. Niezrozumiały przebieg ślamazarnych zdarzeń. Kpina ego. Rozpuk skurczonych wnętrzności. 

Never give up…” – czy aby na pewno?

Autor: 
Karolina Kozłowicz

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.
5 + 0 =
Rozwiąż proszę powyższe zadanie matematyczne i wprowadź wynik.