Pisanie jest jak drugi oddech

Wywiad przeprowadziła Marianna Ruks

– Dlaczego właśnie pisanie…? Tłumaczę to zawsze tak – któregoś dnia przyfrunął do mnie ptak słów i już pozostał. Gdy rozkłada nade mną swe roztrzepotane skrzydła pełne metafor, porównań, epitetów i innych środków wyrazu, staram się pochwycić każde spadające pióro, które właśnie zgubił, by posiąść to, co w nim tkwiło.

Iwonę poznałam, kiedy przysłała do mnie swoje debiutanckie opowiadanie fantasy, pt. Kim jesteś, Ruda? Opowiadanie miało wówczas 38 stron. Przeczytałam. Tak bardzo mi się spodobało, że zachęciłam autorkę do kontynuowania opowieści. Rezultat mojej sugestii jest taki, że dzisiaj Iwona nie jest już autorką 38-stronicowego opowiadania, lecz twórcą pełnoprawnej powieści fantasy, liczącej 160 stron maszynopisu autorskiego.

Mówi o sobie – starsza młodzież po czterdziestce. Nabyta wrocławianka; dziecko Gwiezdnych wojen; rozmiłowana w mrocznym królestwie obrazów Zdzisława Beksińskiego; zaczytana w wierszach Haliny Poświatowskiej; ma imponującą kolekcję roślin doniczkowych; odpręża się przy grach komputerowych z gatunku role playing game; po mamie odziedziczyła niezwykłą intuicję, a poza tym, uwielbia śpiewać… gdy nikt nie słyszy. Ale przede wszystkim posiada niesamowitą wyobraźnię, która ma swoje odzwierciedlenie w postaci zdań zapisanych na kartce papieru. Z kolei jej dłonie potrafią wyczarować cudowne obrazy pochodzące z najgłębszych zakamarków jej fantazji.

Bohaterką dzisiejszych Rozmów (nie)zwykłych jest Iwona Anna Dylewicz. Iwona jest debiutantką literacką oraz utalentowaną rysowniczką. Nie tylko napisała powieść fantasy, ale też stworzyła do niej ilustracje oraz zaprojektowała okładkę.

No i co z tego, powie ktoś. Wiele osób pisze i wiele osób rysuje. Owszem, ale nie każdy posiada dar posługiwania się tak estetycznym językiem jak ona. Słowa w jej rękach zachowują się jak plastelina – są miękkie i elastyczne, tymczasem ona układa je w kuszące zdania. Wystarczy przeczytać fragment jej powieści, by się o tym przekonać. Jest jak rzeźbiarz, który z dłutem w ręku formuje piękne figury, tyle że Iwona rzeźbi piękne zdania. Do tych zaś zdań zapisanych na kartach książki zręcznie wplata szkice ilustracji, które są wytworem jej własnych rąk.

I tak oto misternie utkana pajęcza sieć powiewa na wietrze w promieniach słońca, ciesząc oczy i radując duszę. I kto by pomyślał, że ta utalentowana artystka chciała zostać… ornitologiem.

Marianna Ruks: Normalnie nie mogę się powstrzymać (śmiech), muszę o to zapytać – jak to było z tymi ptakami?

Iwona A. Dylewicz: Zawsze kochałam ptaki. Gdy uczęszczałam do szkoły podstawowej marzyłam, że zostanę ornitologiem. Nawet teraz potrafię rozpoznać niektóre gatunki skrzydlatych przyjaciół i zazdrosnym wzrokiem śledzę ich wolne sylwetki na niebie, a we śnie nieraz latam jak one. Może tak w nie zapatrzona w jakiś przedziwny sposób skradłam im późniejszą „lekkość” pióra?

Nie została Pani ornitologiem.

Nie, ale zamiast tego przyszedł czas na fascynację poezją i literaturą piękną. Jako nastolatka zachwycałam się wierszami Haliny Poświatowskiej, K.I.Gałczyńskiego, K.Baczyńskiego, powieściami Juliusza Verne’a, Słowackim, Mickiewiczem, twórczością M.Rodziewiczówny, Joanny Chmielewskiej, i mogłabym tak wymieniać w nieskończoność. Do takich pozycji literackich namawiała mnie Mama i to Ona w większej części ukształtowała moją wrażliwość na piękno słowa pisanego. Niejednokrotnie zaczytywałyśmy się tymi samymi książkami wypożyczanymi z miejscowej biblioteki. Wtedy też zaczęłam sama sięgać po pióro i nieśmiało kreślić pierwsze nieudolne wiersze, felietony, reportaże, opowiadania.

Na początku pisała Pani tylko do szuflady.

Tak, ale później ośmieliłam się pokazać moje „dzieła” polonistce, która skierowała mnie na Młodzieżowe Spotkania z Poezją odbywające się co roku w Legnicy, a przeznaczone dla tworzących licealistów. Tam mogłam zaprezentować swoją twórczość szerszemu gronu i jury, w którego składzie zasiadał pisarz Stanisław Srokowski. Był on także redaktorem naczelnym tygodnika Polska Miedź, w którym zamieszczono mój felieton – wspomnienia Z pamiętnika licealistki oraz reportaż Spacer po Krakowie. Oba teksty ukazały się, w druku pod pseudonimem Marianna Wiśniewska. Oprócz tego rokrocznie brałam udział w Lubińskich Spotkaniach z Literaturą Miłosną. Tam, jak dobrze pamiętam, na II edycji konkursu zostałam zauważona przez poetę Józefa Barana, dzięki któremu mój wiersz ukazał się w krakowskich Wieściach. Wtedy za jego druk zarobiłam swoje pierwsze pieniądze. Później, będąc jeszcze w liceum – klasa maturalna, próbowałam swych sił jako pisarka powieści dla młodzieży, dziennikarka w gazetce. Niestety, gdzieś zaginął rękopis i egzemplarze gazetki i nie mam dowodów, że tak naprawdę było. Może to i lepiej…

Czy łatwo jest być debiutantem literackim w Polsce?

Raczej nie uważam się za eksperta w tym temacie. Mogę to ocenić jedynie z perspektywy nieudanych prób zaistnienia własnej osoby. W 2014 roku postanowiłam na serio zaprezentować światu moją twórczość. Zanim trafiłam w Pani ręce, wysłałam swoje ówczesne opowiadanie do 35 różnych wydawnictw deklarujących zainteresowanie tematem fantasy i, jak się można łatwo domyślić, wszystkie odpowiedzi były odmowne, w podobnym tonie – „obecnie nie jesteśmy zainteresowani”, „nie przewidujemy w planach wydawniczych”, „dziękujemy, ale nie” itp. Wcześniej, gdzieś ok. 1994 r., gdy – można powiedzieć – świeżo powstało opowiadanie, bardzo chciałam, by ukazało się w prestiżowym miesięczniku społeczno-kulturalnym Odra, ale spotkałam się z odmową, choć właśnie w tym czasie pracowałam w sekretariacie Ośrodka Kultury i Sztuki, który był jego wydawcą. Niestety. Usłyszałam jedynie pochwałę mojego pióra i na tym koniec.
Można by więc się pokusić o smutne stwierdzenie, że nic się w tej materii nie zmieniło. Jak było trudno, tak pozostało.

Czyli doszłyśmy do smutnego wniosku, że debiutantowi trudno jest przebić się na rynku wydawniczym, i nie ma to nic wspólnego z jego talentem. Chodzi przede wszystkim o to, że „nie posiada nazwiska”, i zainwestowanie w niego według wydawnictw jest ryzykowne. Ale czy nie uważa Pani, że w tym przypadku odpowiedzi mogły być odmowne dlatego, że to było tylko opowiadanie? Z reguły wydawnictwa zajmujące się tematyką fantasy nie inwestują w opowiadania, bo to im się nie opłaca. Uważam, że teraz ma Pani większe szanse.

Kiedy napisałam swoje opowiadanie, chciałam po prostu podzielić się nim z innymi za pośrednictwem wydawnictw. Nie myślałam wówczas o tym, czy to dla nich opłacalne czy nie. Być może, gdybym przedstawiła cały zbiór opowiadań rzeczywiście byłoby łatwiej. Ale to już przeszłość. Teraz, kiedy po latach wróciłam do pisania, to Pani namówiła mnie, by powstała powieść. Cieszę się, że Pani posłuchałam i dziękuję za wsparcie. Mam nadzieję, że czytelnicy również to docenią…

Gdyby miała Pani czarodziejską różdżkę, co zmieniłaby Pani na polskim rynku wydawniczym?

W tej kwestii będę niestety wyjątkowo banalna. Ułatwiłabym mozolną obecnie drogę do wydania książki w formacie papierowym, gdyż wersja internetowa jest niewątpliwie łatwiej dostępna, i nawet w formie bloga można zaistnieć w sieci. Biorąc jednak pod uwagę, że nie wszyscy lubią czytać e-książki, forma papierowa powinna pozostać.

Jest Pani alchemikiem słowa. Kocha Pani słowo, a słowo kocha Panią…

Dlaczego właśnie pisanie…? Tłumaczę to zawsze tak – któregoś dnia przyfrunął do mnie ptak słów i już pozostał. Gdy rozkłada nade mną swe roztrzepotane skrzydła pełne metafor, porównań, epitetów i innych środków wyrazu, staram się pochwycić każde spadające pióro, które właśnie zgubił, by posiąść to, co w nim tkwiło.

Może będę teraz mało oryginalna, ale w tym banalnym pytaniu zawiera się cała istota tego aktu twórczego, jakim jest pisanie. Właśnie, czym dla Pani jest pisanie?

Pisanie to jak drugi oddech. To tworzenie własnego świata, który jest mi bliski lub w którym pragnę się tylko ukryć, gdy jest mi źle, próbując pokonać trudności dnia codziennego czy zwykłe lęki, to ucieczka od wyjątkowo trudnych chwil. Zamierzałam oswoić wrogą rzeczywistość i nieco ją ubarwiając, jednocześnie zakląć w przyjazne słowa.

Czy to nie przypadkiem ucieczka od otaczającego świata, od rzeczywistości?

Niejednokrotnie łapałam się na tym, że po fali natchnienia i stworzeniu kolejnego rozdziału niechętnie wychodziłam na zewnątrz, bo już wcześniej stwierdziłam, że ta rzeczywistość, która mnie otacza jest nudna i nieprzyjazna, a świat, który udało mi się opisać w książce – mimo chwil grozy – był o wiele ciekawszy i warto było zwiedzić jego tajemne ścieżki i labirynty. Tak naprawdę, i będę tu na pewno banalna, to pewien sposób na wyrażenie siebie. Jedni robią sobie tatuaże na ciele, ja wolę słowami podkreślać swój charakter i osobowość. U mnie w akcie twórczym dochodzą jeszcze sny – nieodłączna część mojego ja, których ulotną treść wielokrotnie usiłowałam przelać na papier, wplatając w fabułę i zostawiając ich trwały ślad na kartkach książki. A że zawsze łatwiej było mi się porozumiewać z innymi za pomocą pióra, więc chętnie po nie sięgałam. Później nastąpiła bardzo dłuuuga przerwa. Wówczas przeszłam na tę drugą stronę – czytelnika. Ponieważ jednak początek powinien doczekać się końca (przynajmniej w teorii), a jak Pani miała okazję zauważyć po przeczytaniu „opowiadania”, było ono niedokończone – te obrazy, które zgromadziłam w swojej głowie podczas przerwy w pisaniu, znalazły wreszcie ujście za sprawą magicznego słowa „powieść”.

Jak już obydwie zauważyłyśmy, pisarz trochę ucieka od otaczającego świata – kreuje swój własny świat. Czy nie kryje się w tym niebezpieczeństwo wyobcowania; jakiegoś wyalienowania ze społeczeństwa? Stracenia kontaktu z rzeczywistością?

Szczerze? Wolałabym zbytnio nie zagłębiać się w ten temat, gdyż na pewno osoby różnej profesji będą czytać naszą rozmowę i mogą zacząć doszukiwać się drugiego dna. Tu prosiłabym więc o wstrzemięźliwość, gdyż nie chciałabym od razu zostać poddana jakiejś psychoanalizie lub innej naukowej ocenie (śmiech). Mogłaby być krzywdząca, bo chyba każdy z nas przechodził różne etapy w swoim życiu i rozmaicie reaguje na otaczających go ludzi. Jedni szukają adrenaliny w uprawianiu sportów ekstremalnych, innym zaś zadowolenie przynosi możliwość tworzenia – czy to słowem czy obrazem. Każdy z tych sposobów niesie za sobą niebezpieczeństwo utraty kontaktu z rzeczywistością, choćby poprzez zaszufladkowanie do jakiejś kategorii i późniejsze brzemię z tym związane. Są przecież takie chwile, gdy wręcz celowo ucieka się od innych, zatraca się w samotności i tam szuka swojego ja. Dopóki więc nie zamykamy się tylko w swoim świecie, niech szukanie inspiracji odbywa się tam, gdzie jest jej najwięcej – w wyobraźni. A klucz do niej tkwi w wyciszeniu i równowadze pomiędzy rzeczywistością a okiełznaniem sił, które ścierają się w naszym wnętrzu. Kiedy się tak dzieje, każdy poczuje się wyalienowany, więc w pewnym sensie obcy pośród otaczającego świata. A kiedy zaiskrzy, coś może z tego będzie – ogień sztuki, miłości czy walki. Jednym słowem – namiętność. Ważne tylko, by nie przekroczyć granicy rzeczywistości i umieć zaakceptować to, czego zmienić nie jesteśmy w stanie. Łatwiej wówczas znieść niedoskonałości, które nas różnicują i tkwią w nas głęboko, a jednocześnie wytrzymać z samym sobą. Chyba zbytnio się rozgadałam (śmiech)?

Łapczywie wchłaniam każde Pani słowo, więc nie, nie rozgadała się Pani (śmiech). Czy to początek zawodowej drogi?

Chciałabym, aby tak było. Lubię bowiem ten dreszczyk emocji, gdy rodzi się pierwszy zarys jakiejś historii, którą później, krok po kroku, odmalowuję, dodając szczyptę magii, kroplę miłości, dreszcz niepewności i cierń strachu, a później sama jestem zaskoczona efektem, że to ja to wszystko napisałam. Gdy moi „czytelnicy-testerzy” (wybrańcy z rodzinnego grona) przejdą przez trudny etap lektury i usłyszę ich recenzje – nie zawsze pozytywne, ale im jest łatwiej – patrząc z boku – wychwycić niedociągnięcia czy niespójności fabuły, wtedy przychodzi pierwsza satysfakcja – dało się przeczytać, więc nie najgorzej mi poszło. Nieraz też czuję, jakby to ktoś we mnie opowiadał; wręcz mi dyktował, a ja tylko jestem nieudolnym naśladowcą, skromnym skrybą. I tak, powoli, wyłania się nowy, inny świat, którego integralną częścią się staję. A później jakiś czas panuje we mnie cisza… Potem znów brakuje mi tych przedziwnych chwil i emocji związanych z tworzeniem własnych światów, nowych postaci i ich historii, i niecierpliwie sięgam po pióro, by wręcz zatracić się w zakamarkach wyobraźni, dla której nieodłącznym pokarmem jest muzyka i obrazy. Ponownie – niczym we śnie – mam dwa życia i więcej szczegółów nie mogę zdradzić… Dlatego po pierwszej części Rudej postanowiłam, że spróbuję dać sobie kolejną szansę i możliwość zaskoczenia czytelnika, więc powoli powstaje następna powieść.

Przejdźmy teraz do Pani talentu plastycznego i ilustracji, które wychodzą spod Pani rąk.

Obrazy zawsze do mnie przemawiały, czy te ruchome – w kinie czy telewizji, jak i statyczne – w muzeum oraz te zawieszone na ścianach, a jednak mające swe ukryte życie, później, w naszym umyśle. Jeśli chodzi o te drugie, najbardziej lubię impresjonizm. Rozmyty, lekko rozedrgany, ciut nieśmiały, a jednak bardzo wyrazisty. Podziwiam niesamowitą wyobraźnię Salvadora Dali i mroczne królestwo Zdzisława Beksińskiego – przerażające, a jednocześnie bardzo pociągające.

Powiedziała Pani, że kilka razy usłyszała już, że rysunki Pani to „przerost formy nad treścią”. Twierdzi Pani, że nie do każdego odbiorcy one przemawiają, i nie do każdego są adresowane. Dlaczego?

Zapewne dzieje się tak, że każdy odbiorca sztuki ma w sobie trochę z realisty, a dopiero pozostała część tkwiąca w osobowości to fantasta, marzyciel, ktoś, kto lekko buja w obłokach, i oczami pełnymi zachwytu spogląda na świat. Taki ktoś widzi to, co dla innych nie jest ważne, a nawet nie istnieje. Odbiór tego typu rysunków, symbolicznych, wręcz niedopowiedzianych zależy od proporcji, które dominują w postrzeganiu świata. Im więcej pierwiastka realnego, tym ten odbiór jest bardziej powierzchowny, bez zagłębiania się i bez zadawania dodatkowych pytań, co autor chciał przekazać… A poza tym sprawa chyba najważniejsza, nie wszyscy gustują w takiej tematyce. Po prostu.

Przeglądając Pani prace doszłam do wniosku, że przeważają w nich mroczne klimaty; widać odniesienie do twórczości Zdzisława Beksińskiego. Inspiruje Panią noc, tajemniczość, magia, istoty demoniczne, określiłabym Pani twórczość jako realizm magiczny. Dostrzec to można również w powieści, Kim jesteś, Ruda? Czy ta symbolika sama w sobie ma jakieś głębsze znaczenie, przesłanie? A może to tylko środek wyrazu artystycznego, poprzez który chce Pani coś przekazać?

Nie wiem, czy do końca będę umiała odpowiedzieć na Pani pytanie. Mrok – już samo to słowo brzmi dla mnie tajemniczo i kusząco – niesie ze sobą obietnicę otrzymania jakiejś niespodzianki. Poza tym za zasłoną ciemnej nocy łatwiej się ukryć, samemu pozostając niewidzialnym. Można wówczas z nieco innej perspektywy obserwować świat, a w zasadzie jego niezwykłą dwoistość. Mam tu na myśli ten realny, który możemy dotknąć, i ten wyobrażony, niedopowiedziany, lecz oba wzajemnie się uzupełniające. Człowiek natomiast według mnie to takie dziwne naczynie mimowolnie gromadzące różne emocje i nastroje. Zwłaszcza artysta. Każdy zaś ma swoją określoną pojemność i jeśli jest zbyt wiele do przechowania, potrafi się „wylać” na przykład w formie rysunku czy wiersza, książki itp. A że mnie dodatkowo od zawsze gdzieś w środku przepaja nieutulony smutek… i czasem za bardzo napełnia się moje naczynie wyobraźni, mamy tego widoczne efekty właśnie na papierze (śmiech). I to właśnie chciałam przekazać odbiorcom. Poza tym może zabrzmi to dziwnie w ustach dorosłej osoby, ale ja wierzę w magię. Świat jest jej pełen, wystarczy tylko szerzej otworzyć oczy i po prostu chcieć to zauważyć. Takie dziecięce odkrywanie, pełne ciekawości, a zarazem zachowanie ostrożności i dystansu… Uwielbiam to (śmiech). Niestety pogoń za pieniądzem zaciera ten obraz i sprawia, że niektórzy przestają widzieć pewne cuda. Są też historie, które mrożą krew w żyłach. Ale skoro jedne i drugie się zdarzają, sądzę, że warto o nich również pisać.

Zauważyłam, że intryguje Panią taniec świateł i cieni w nocnej scenerii. Ten motyw często pojawia się w Pani pracach. I potrafi Pani to świetnie uchwycić – granicę między światłem i cieniem – czy to światło księżyca, czy też świecy. Mało tego, potrafi Pani nawet zilustrować blask szkła i lustra. Szklane przedmioty wyglądają, jakby błyszczały…

Dziękuję. Pani słowa świadczą, że to na czym najbardziej mi zależało w rysunkach, udało się osiągnąć. Może stało się tak dlatego, że czasem sama czuję się jak ćma, którą wabi blask świecy, a księżyc to dla mnie nieodgadniona tajemnica… Oba źródła światła pociągają mnie w równym stopniu i przez próbę uchwycenia ich na ilustracjach mam poczucie, że choć na moment udało mi się dotknąć niewiadomej. Tak naprawdę właśnie światłocień jest dla mnie najtrudniejszym etapem przedstawienia obrazów zaczerpniętych z mojej wyobraźni i kosztuje mnie nie tylko najwięcej pracy, ale pochłania mnóstwo energii. Niby cień i trochę światła, a spala od środka niczym żywy ogień. Ale, jak wcześniej mówiłam, nie potrafię się temu oprzeć…

Pani prace to szkice czy rysunki? Właśnie, w czym tkwi różnica?

Cóż, odpowiedź jest prosta. Najpierw powstaje szkic, zazwyczaj prosty i niedokładny zarys, taki schemat, dopiero później długo przekształcam go w dokładniejszy i bardziej precyzyjny, bogaty w detale rysunek. Najlepszą dla mnie porą na szkicowanie jest głęboka noc. Wtedy mocno wyciszona mogę bez przeszkód oddać się kreśleniu, poprawianiu i dodawaniu szczegółów. To pierwsza część procesu tworzenia. Później, w świetle dziennym, sprawdzam efekt nocnej pracy i starannie dopracowuję obraz. Najtrudniejsze są rysunki, które „widzę” oczami wyobraźni i ich wierne przedstawienie. Czasem prób naszkicowania wizji jest kilka, zanim osiągnę zadowalający mnie efekt. Później odkładam całość na dzień lub dwa i ponownie wracam do tematu. Jeśli uznam, że rysunek jest gotowy, umieszczam go w moim archiwum. Przecież nigdy nie wiadomo, kiedy okaże się być potrzebny. Osobiście wolę rysować tylko ołówkiem, pozostawiając wyobraźni odbiorcy uzupełnienie obrazu w kolory.

Proszę opowiedzieć, jak wyglądał proces tworzenia ilustracji do Rudej? Czym się Pani kierowała przy wyborze ilustracji? A może obrazy w pewnym momencie same „przypływały”?

Czasem to była senna wizja, innym razem po napisaniu jakiejś części książki ilustrowałam wydarzenia, zazwyczaj posługując się symbolem, a w pozostałych przypadkach to przebłysk obrazu stawał się inspiracją do napisania tekstu. Po prostu pojawiał się gdzieś pod powiekami i czekał na „ołówkowe narodziny”. Wszystkie jednak kompozycje, a późniejsze rysunki rodzą się po prostu w mojej wyobraźni. Czasem czuję wewnętrzny przymus, by coś narysować. Jest to tak silne uczucie, że nie sposób mu się przeciwstawić. To tak, jak rosnące ciasto – wolno dojrzewa do upieczenia – naszkicowania i choćbym próbowała tę czynność od siebie odsunąć, wróci w snach, między wierszami. Dopiero gdy rysunek mam ukończony, mogę powiedzieć, że ulga zastępuje twórczą presję. I znów przychodzi czas wyciszenia…

Chciałabym zobaczyć Panią przy pracy…

Obawiam się, że nie stanowię wówczas zbyt atrakcyjnego widoku (śmiech). Lekki obłęd w oczach, wzrok nieobecny, brak kontaktu z rzeczywistością. Do tego najlepiej nic do mnie wtedy nie mówić, bo po prostu mogę nie usłyszeć. Oprócz tego jestem nie tylko mało komunikatywna, ale dodatkowo wyjątkowo drażliwa, nerwowa z obawy, aby mi coś nie umknęło, żebym zdążyła uchwycić nietrwałą wizję na czas. Dlatego najlepiej tworzy mi się w nocy, gdy świat już odpoczywa, i nikt i nic mnie nie niepokoi i nie rozprasza. Zazwyczaj biorę do prawej ręki mój zaczarowany ołówek, a do lewej lampkę czerwonego wina, zamykam oczy i wyobrażam sobie efekt końcowy. Dopiero wtedy zaczynam szkicować, kreśląc pierwsze kreski nadające charakter przyszłej ilustracji. A później to już tylko czas…
Zwykle tworzę jeden rysunek dziennie (ale nie codziennie, oczywiście), co i tak pochłania mnóstwo mojej energii – zawsze się mocno angażuję w to, co robię. Po wszystkim znów muszę naładować swe twórcze akumulatory. Wtedy szybko wracam na ziemię z planety Sztuka, by zająć się prozą życia, a inwencję odkładam na bok, czekając na kolejny przypływ natchnienia. Pod ręką pozostawiam jednak gotowy do pracy zestaw ołówków i długopisów. Nie wiadomo przecież, kiedy przyjdzie ta złota myśl; czy nabierze wyraźnych kształtów ten właśnie obraz, który w sobie noszę.

Czy kiedykolwiek próbowała Pani malować, rzeźbić?

Powiem krótko, że i owszem, ale ołówkiem łatwiej mi uchwycić ulotną granicę między cieniem a grą świateł, więc maluję… wyłącznie swoje paznokcie (śmiech), które niekiedy dodatkowo zdobię. Nie rzeźbię, choć kilka drewnianych struktur – zazwyczaj z powykręcanych korzeni zmieniłam pilnikiem czy dłutkiem na bliższe wyobraźni jaszczurki czy węże… Pociągnięte bezbarwnym lakierem ciekawie się komponują jako dodatek do obrazów i kwiatów.

Wiąże Pani z rysunkiem swoją przyszłość?

Myślę że w połączeniu ze słowem pisanym, jak najbardziej.

Poświęćmy teraz trochę uwagi głównej bohaterce, czyli Rudej, żeby nie czuła się zaniedbana (śmiech). W końcu to ona jest gwiazdą wieczoru. Proszę powiedzieć, skąd wziął się pomysł na książkę, i dlaczego nadała Pani głównej bohaterce imię Ruda?

Są w życiu takie historie, które tkwią w pamięci w postaci okruchów zdarzeń. Wystarczy wydobyć je na światło dzienne i skleić w całość. Tak było z Rudą – postacią nietuzinkową, z zamierzenia trochę buntowniczką, czasem wojowniczką, na pewno wrażliwą osobą, która nie może pogodzić się z pewnymi z góry narzuconymi ograniczeniami godzącymi w jej wolność. Stąd pewnie odkrycie, że magią może niektóre bariery pokonać, i to daje jej upragnione poczucie swobody i pewność, że nikt nią nie steruje. Jak to zwykle bywa, wszystko jest okupione jakąś większą lub mniejszą ceną. U Rudej to samotność i niezrozumienie. Odszczepieniec, czarownica, jak ją nazywają jej prześladowcy, a jednocześnie piękna i pełna temperamentu kusicielka – to musi być mieszanka wybuchowa. Do tego burza ciągle mieniących się czerwienią, złotem i miedzią włosów to jakby odcisk palca, jej znak rozpoznawczy. A że rude w stereotypach to fałszywe, więc i ona przymusowo staje się kimś w rodzaju kameleona, by zręcznie wyprowadzić w pole swoich wrogów. Niełatwa to sprawa, gdyż przebiegłość tych, którzy na nią polują jest ogromna, więc co chwilę Ruda popada w różne tarapaty. Najciekawszą sprawą jest jednak dar śnienia. Celowo stosuję takie określenie. Ruda zauważyła, że coraz częściej zaczyna śnić. Niby nic nadzwyczajnego, każdy z nas przecież ma sny. Ale gdy jej sny zaczynają się urzeczywistniać i jawy już nie można odróżnić od marzeń sennych, zaczyna się przedziwna gra w życie-śmierć. Wędrówka po różnych krainach, światy, które się tworzą, by po chwili rozpaść się i zniknąć w nicości, labirynty wspomnień, miłosne uniesienia i śmiertelne potyczki – to tylko część niesamowitych przygód Rudej, która poprzez wszystkie te zdarzenia usiłuje odnaleźć siebie, swoją tożsamość. W końcu nawet imię ma niezwykłe.

Chciałabym, żeby w kilku zdaniach nakreśliła Pani fabułę Rudej dla naszych czytelników. Jak by Pani zachęciła ich do przeczytania książki?

Każdy, kto lubi mroczne klimaty, magię, opowieści o miłości, walce dobra ze złem na pewno znajdzie tu coś dla siebie. Akcja książki rozgrywa się na dwóch symbolicznych płaszczyznach – jawa i sen, życie i śmierć, miłość i nienawiść, wolność i więzienie, które wzajemnie się przeplatają i uzupełniają, niejednokrotnie zacierając swą cienką granicę. Zaraz na początku w niecodziennych okolicznościach poznajemy główną bohaterkę zwaną Ruda. Można szybko zauważyć, że niewątpliwie ma artystyczną duszę i zafascynowana jest twórczością malarza Zdzisława Beksińskiego. Dzięki tym zainteresowaniom, a może to właśnie przez nie, kobieta zostaje uwikłana w dziwną historię, która tylko na pierwszy rzut oka zaczyna się banalnie. Ruda spotyka się z młodym mężczyzną o imieniu Kefas, który pojawia się w jej życiu epizodycznie – raz jako kochanek, raz jako pasażer jej taksówki, jeszcze innym razem jako sprawca wypadku samochodowego, ale zawsze silnie emocjonalnie związany, żeby nie rzec nierozerwalnie, z jej osobą. Czasem wygląda to wręcz na rozdwojenie jaźni. Jednak ich dziwny związek zostaje wystawiony na ciężką próbę, gdyż kobietę prześladują sny. Sny o śmierci, nienawiści i ucieczce. Mało tego, sny zaczynają pojawiać się na jawie i Ruda zostaje wplątana w koszmarny proces, wszczęty z inicjatywy mistrza zła – Pana Cairo. Podczas onirycznej wędrówki przez różne światy bohaterka spotyka różne osoby, z którymi kiedyś była związana, lub w jakiś znaczący sposób wpłynęły na jej życie. Kim jest Ruda, kim jest Pan Cairo, i jaką moc ma skaleczone lustro? Mam nadzieję, że odpowiedzi na te pytania znajdziecie na kartach mojej powieści.

Jaka jest, Pani zdaniem, najlepsza nagroda dla pisarza za jego pracę?

Jeśli tylko zabierając czytelnika na wyprawę razem z Rudą sprawię, że będzie miał ochotę na ciąg dalszy, że będzie czuł niedosyt i z niecierpliwością będzie czekał na kolejne książki, znaczy że zamierzony efekt został osiągnięty. I to, uważam, jest największą nagrodą dla pisarza.

Życzę więc Pani takiej nagrody.

Dziękuję, właśnie dla niej rozpoczęłam pracę nad następną powieścią.
 

***

Bycie debiutantem literackim w Polsce nie jest proste. Pisanie to trudna droga i każdy, kto decyduje się nią podążać, musi mieć tego świadomość. By zaistnieć w tej branży potrzeba czasu. Czasu, determinacji i… szczęścia. Tak, szczęścia, bo wiele zależy od okoliczności, w jakich się znajdziemy, i od ludzi, jakich spotkamy na swojej drodze. Ludzi, którzy pomogą nam w realizacji naszych pisarskich marzeń; którzy dostrzegą w nas potencjał i pomogą zaistnieć na rynku wydawniczym. Ja dostrzegłam taki potencjał w Iwonie.

Życzę wszystkim debiutantom literackim, aby znaleźli się w odpowiednim czasie i miejscu; by spotkali swojego literackiego anioła stróża, który weźmie ich za rękę i zaprowadzi bezpiecznie na literackie wyżyny.

 

Komentarze

Wysłane przez Iwona A. Dylewicz (niezweryfikowany) w
Uwaga, uwaga! Wszystkich zainteresowanych przygodami Rudej zapraszam do księgarń. Niebawem premiera książki "TEATR SNÓW". To mój debiut literacki. Powieść z gatunku realizmu magicznego pod tytułem "TEATR SNÓW" powstała na bazie mojego opowiadania "Kim jesteś, Ruda?". Przeplatające się, a czasem wręcz nakładające się, jawa i sen to po prostu życie opowiedziane w inny sposób, to historie, które się zdarzyły i przyśniły, inspirowane obrazami, muzyką i emocjami oraz marzeniami, które nie zawsze się spełniają. Wszystko okraszone szczyptą magii, chwilami mroczne i straszne, momentami romantyczne i poetyckie. Całość bogato ilustrowana czarno-białymi rysunkami mojego autorstwa. Zapraszam do lektury! bliższe informacje na http://dygresje.pl/ksiazka/.../teatr-snow/

Wysłane przez Iwona Anna Dylewicz (niezweryfikowany) w
Uwaga, uwaga! Wszystkich zainteresowanych przygodami Rudej zapraszam do księgarń - na razie tych internetowych. W październiku miała miejsce premiera książki "TEATR SNÓW". To mój debiut literacki. Powieść z gatunku realizmu magicznego pod tytułem "TEATR SNÓW" powstała na bazie mojego opowiadania "Kim jesteś, Ruda?". Przeplatające się, a czasem wręcz nakładające się, jawa i sen to po prostu życie opowiedziane w inny sposób, to historie, które się zdarzyły i przyśniły, inspirowane obrazami, muzyką i emocjami oraz marzeniami, które nie zawsze się spełniają. Wszystko okraszone szczyptą magii, chwilami mroczne i straszne, momentami romantyczne i poetyckie. Całość bogato ilustrowana czarno-białymi rysunkami mojego autorstwa. Zapraszam do lektury! bliższe informacje na http://dygresje.pl/ksiazka/.../teatr-snow/

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.