Film, który prawdopodobnie zmienia życie. „O północy w Paryżu” Woody Allena.

Pisząc o filmie, który widziałem dwa dni temu, nie mogę zignorować emocji, odcinając je i tworząc „suchą recenzję”, jakich zresztą pełno w Internecie o przeboju Allena. Nie będę tu wdawał się w powtarzane często „loci communes” o technice gry aktorskiej, operowaniu perspektywą i tym podobnych – istotnych, co prawda, ale drugorzędnych szczegółach. Film mnie porwał. Dosłownie. Pomijam fakt, że frekwencja na sali krakowskiego muliplexu kinowego uplasowała się znacznie powyżej średniej dla takich miejsc, ponieważ to o niczym jeszcze nie świadczy. Jeśli jednak wybuchy śmiechu (bo to również komedia) mają miejsce w momentach adekwatnych do akcji, jeśli publiczność „czuje” film, to tego już zlekceważyć nie przystoi.

Ten film oglądałem z zapartym tchem, co nie zdarzyło mi się dawno. Przypominało to trochę przygodowe lektury dzieciństwa, kiedy nie mogłem wprost oderwać się od powieści. Czy dziś ktoś jeszcze oprócz miłośników Pottera czy „Kodu da Vinci” tak czyta? Ja sam już tak nie czytam, bynajmniej nie dlatego, że „zdradziłem literaturę”, lecz z prostego, acz smutnego w istocie faktu, że aby dziś przeżyć wzniosłe doświadczenie artystyczne, trzeba „zdradzić współczesność”. Wsiąść do automobilu i wyruszyć z Allenem na poszukiwanie innego świata.

Film nie ma jednego wątku, lecz nie ma ich też zbyt dużo. Można je podzielić wedle kryterium tematycznego: romans, przygotowania do ślubu, podróż paryska, zwiedzanie. Można jednak podzielić je także wedle kryterium historycznego: mamy współczesność, ale i wspomnienia „dawnych czasów”, jak życie cyganerii artystycznej lat 20. XX wieku, „la belle epoque” (lata 80. XIX wieku), czasy renesansu. Mamy też w filmie tajemnicę, którą każdy musi „namierzyć” sam. I nikomu o tym odkryciu nie mówić.

Oczywiście można uznać, że Allen się bawi, ironizuje, śmieje i igra z odbiorcą. Można powiedzieć, że wątek komediowy jest najważniejszy, że chodzi o zgrywę, postmodernizm i tego typu komunały. Nie idę taką drogą interpretacyjną, ponieważ w filmie obok komedii pojawia się problematyka w filmach hollywoodzkich rzadko spotykana: literatura i malarstwo. Ale nie każda literatura, nie każdy obraz na płótnie. Allen protestuje przeciw modnej dziś tendencji do uznawania dowolnego płodu wyobraźni „artysty” za dzieło sztuki. Przeciw sprowadzaniu sztuki do seksu, morderstwa, szoku, epatowania nagością czy kiczem. W filmie nie pokazano ani razu stosunku seksualnego, bynajmniej nie dlatego, że Allen stosuje się do prymitywnych nauk kościelnych, lecz aby dać wyraźny sygnał, że nie chodzi o romans. Jak dowodzą teoretycy sztuki równie ważną informacją jest to, czego artysta nie pokazuje, niż to, co chce wybrać i unaocznić. Idąc tym tropem trzeba porzucić jarmarczną romansowość, by znaleźć…prawdziwy romans. Bo to, że nie ma w filmie seksu (przepraszam za możliwe w tym miejscu rozczarowanie), nie znaczy, że nie ma romansu. Istnieje on jednak w – jak by to rzekł Bułhakow – niejako w „piątym wymiarze”, na poziomie „meta”, w innej scenerii, bo – dodam skwapliwie – jest to przede wszystkim obraz kostiumowy, z bogactwem rzeczy i przedmiotów znanych miłośnikom Paryża. W tej paryskiej scenerii spotykają się ludzie. Cóż mogą robić, spotykając się? Mogą uprawiać seks, lecz Allen wie, że produkowanie kolejnego tasiemca z udziałem potu i innych wydzielin ludzkich, byłoby – w jego wieku? – jakby trochę nie fair. Ostatecznie kino to przestrzeń artystyczna, nawet, jeśli znika nam ono z oczu, kiedy wciąga nas film.

W „Ucieczce z kina Wolność”, w słynnym obrazie polskim z czasów przełomu 89., aktorzy schodzą z ekranu i zaczynają zwracać się do publiczności. Znika granica między fikcją a prawdą, między umową a trybem serio. Tutaj u Allena widz zostaje dosłownie jakby „wyjęty” z kina i wciągnięty w inny, tak, lepszy świat, gdzie nie ma terroryzmu, żywności modyfikowanej, korporacji i ludzi małych duchem. Stajemy dzięki Allenowi twarzą w twarz z największymi – Hemingwayem, Gertrudą Stein, Picassem i trzeba naprawdę dobrze orientować się w kulturze, aby zrozumieć, że film stawia niemałe wymagania widzowi, ogłupiałemu przez lata oglądaniem „Titaniców” i innych filmów, które nie powinny nigdy zostać nakręcone.

Dlatego nie skłamię, jeśli powiem, że nie zrozumiałem tego filmu do końca. Czy to źle? Wprost przeciwnie. Dzięki temu, że go nie zrozumiałem, mam o czym myśleć, a przede wszystkim powrócić jeszcze nie raz do lektury tego świetnego obrazu. Bo są produkcje jednorazowego użytku (przeczytaj – oddaj na makulaturę; oglądnij, zdaj i zapomnij) i są wielkie dzieła, do których się często wraca, aby je zrozumieć. I na szczęście tego filmu nie można zrozumieć i wyjaśnić do końca. Trzeba go przeżyć, a parafrazując polskiego pisarza można powiedzieć, że kto „O północy w Paryżu” przeżył – ten wiele przeżył.

Autor: 
Rafał Sulikovski
video: 

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.